Tata

Nie zadzwoni. Nawet, jeśli mnie strasznie wkurwiał. Tak strasznie, że kiedyś narysowałam obrazek „po prostu nie dzwoń do mnie, Tato“. Ja nie zadzwonię. A dopiero ostatnio się nauczyłam, jak już leżał w szpitalu. „Tato, dzwonię do ciebie po wsparcie, wiesz“. I wysłuchał mnie i doradził. Powiedział, że zawsze będą ludzie, którzy będą na mnie pluć, którzy swoją żółcią będą chcieli mnie zalać. I żebym pamiętała, żeby wtedy zwracać się do prawdziwych przyjaciół, żeby się nimi otaczać, bo to są ludzie, którzy mnie znają taką, jaka jestem naprawdę. A tamci – to są przechodnie, którzy swoje frustracje wylewają przypadkiem. „Są tacy ludzie, którzy zawsze będą chcieli przechodząc cię pluć. Zawsze.“. On dobrze to wiedział.  

Pierwsze co przyszło mi do głowy, tak na świeżo, kiedy jeszcze wracaliśmy wstrząśnięci tym, co się stało, ze szpitala w Międzylesiu, to duma. Płakałam i mówiłam „Tato, jestem dumna z tego, że jestem Twoją córką“.To była zresztą ostatnia rzecz, jaką mu powiedziałam, zanim wybiegłam zapłakana z OIOMu. „Tato, jestem dumna. Jestem dumna, słyszysz“. 

Bo mój Tata miał łatki. Łatki, z którymi musiał iść już prawie 20 lat. Dla tych przechodzących i opluwających. Był komuchem, mimo, że nigdy nie należał do partii. Był czerwony, mimo, że nie należał do SLD. Ale wystarczyło, że był w jego klubie poselskim, że startował z listy. Wystarczyło, że z jego ramienia został członkiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Zasłużenie, bo radio nie tylko kochał, ale znał od podszewki. Zasłużenie, bo był człowiekiem na wskroś uczciwym, przeszytym poczuciem prawości. Dla opluwających zostanie „Halberem od tego sms-a“, mimo, że niewielu już pamięta, jak dokładnie wyglądała cała ta afera, zostały po niej tylko związki frazeologiczne „grupa trzymająca władzę“ i poczucie, że można opluć, bo z SLD, więc wiadomo, że fałszywi komuniści. Nigdy z Tatą nie rozmawiałam o tym, jak się z tym czuje. On nigdy mi nie mówił. Wiem tylko, że kiedy trochę przez żarty, trochę przez przypadek został posłem, to sporo kolegów od niego się odwróciło. Takich, którzy przyjeżdżali do nas do Falenicy na ogniska na puszczanie płyt z szafy grającej i picie piwa. Miałam 12 lat i nie rozumiałam, co się stało, dlaczego części z nich nie ma. „Są zazdrośni“ mówił Tata. I opowiadał nam, po co są kolejne dzienniki ustaw, których przynosił do domu tyle, że część z nich pewnie do tej pory służy nam za papier do drukarki. 

Wkurwiało mnie to niemiłosiernie, bo to było bardzo niesprawiedliwe, a mój słabego zdrowia Tata był ostatnią osobą, która zasługiwała na te przypadkowe splunięcia. „Po co Ci to było“ pytałam,  „Czy nie fajniej było, jak pisałeś o muzyce po prostu? Jak robiłeś audycje ze słuchaczami? Jak grałeś dyskoteki?“. 

Bo ja go zapamiętam zupełnie inaczej. Kiedy teraz, po jego śmierci, opowiadam moim znajomym, kim był Adam Halber, który swojej córce, żonie i siostrze kazał przypilnować, żeby na jego grobie było napisane BYŁO SUPER, to mówią mi: „pisz książkę“. Anegdot jest mnóstwo, moja ulubiona chyba o jego wymarzonych studiach na wydziale fizyki UW. I o tym, kiedy udało mu się za drugim razem, po roku pobierania korepetycji, dostać na nie i okazało się, że nie rozumie ani słowa z wykładów i ćwiczeń i umiera ze strachu na zajęciach, żeby nikt się nie zorientował. A przede wszystkim żeby nie zorientował się jego tata, oficer WP, surowy jak na wojskowego przystało. „I co, i co?“ –  pytałam go, „No to jak podszedłeś do sesji?“. „Zimowej nie było“ odpowiada tata. „No dobra, a letnia?“. I widzę już ten błysk w jego oku, szelmowski, chochlikowy, który widać doskonale na zdjęciach. „Przyszedł Marzec 68 i mój wydział, podobnie jak wiele innych, rozwiązano“. „NO CO TY“ odpowiadałam. „Czyli przez Marzec Ci się upiekło i nikt nie wiedział, że nic nie kumałeś z tych studiów, na które tak strasznie chciałeś się dostać?!“.

Od niego nauczyłam się opowiadać historie i dowcipy. Miał prawdziwy dar, który potrafił się przeistoczyć w wadę. Nie dało się go nie słuchać – czarował intonacją, słownictwem, wiedział gdzie dołożyć słowo „spolegliwy“, a gdzie podbić historię przekleństwem (chociaż przy mnie nie przeklinał nigdy, chyba że opowiadając dowcipy i zostawiając np. słowo „chujowy“ na pikantną pointę). Miłości do słowa nauczyłam się od niego. To jego był zachwyt nad Tuwimem i Słonimskim, to jego były zbiory poezji Przybory, które podtykał mi pod nos. To wyczucie na słowo miał spektakularne i odziedziczyłam je po nim. Po mamie zresztą też – byliśmy we trójkę jak klika, która porozumiewała się swoim tajemnym językiem, w którym świadome błędy (z upodobaniem nazywał premier Suchocką „Suchecką“ i oczywiście wszyscy go poprawiali) mieszały się z trudnymi wyrazami i gwarą młodzieżową. Bardzo lubił nowe słowa, o których cały czas mu mówiłam, zachwycająca się gimbazowym językiem, nieustannie używał słowa „kumać“. Mówił mi, że piszę lepiej od niego, ale trudno mi było przyjmować ten komplement, tak jak trudno mi w ogóle w siebie wierzyć.

Był prawdziwym, stuprocentowym sybarytą i dlatego odszedł w młodym wieku. Jeśli golonka, to tylko z piwem. Wśród jego bon motów najmocniej zapamiętałam „przez sport do kalectwa“. Zresztą nieprawda, zapamiętałam setki innych i sama ich używam – np ten:  „nie ładne, co ładne, ale co się komu podoba, a gdyby podobało się to samo, to wszyscy by się do mojej starej zalecali“. 

Na pogrzebie na trzy cztery zaczęłyśmy płakać, kiedy ksiądz powiedział „Adam był zaprzeczeniem śmierci. Był Królem Życia“. Bo był. Dlatego nie powinnam się dziwić, że uwięziony w szpitalu, przy dializach i monitorze, nie wytrzymał zbyt długo. Nie wiedziałyśmy, co się z nim działo. Ostatnie pół roku gasł. Posiwiał, strasznie schudł. Po corocznym rokendrolowym śledziku, na którym spotykał się ze swoimi kolegami z Kapituły Rokendrola, zadzwonili do mnie jego koledzy, co się dzieje z Adasiem, on przecież zawsze dusza towarzystwa, nagle ledwo mówił i siedział w kurtce, nieswój. Myślałam, że dopadła go andropauzowa depresja, w końcu męskie hormony szaleją tak samo jak żeńskie, płatając samopoczuciu figle. Może za mało naciskałam, żeby jechać z nim do szpitala, może jeszcze by żył, ktoś postawiłby wcześniej diagnozę. Okazało się, że to nerki, na które w sumie nigdy nie chorował. I że dializy. Cały miesiąc, gdy leżał w Otwocku na dializach nie odwiedziłam go w szpitalu, udzielałam wtedy wywiadów i spałam, przerażona tym, co stanie się po premierze książki. Ale nikt nie myślał, że to może być coś poważnego. Król Życia może mieć chwilę przerwy, ale z pewnością mu się poprawi.  

Mówił: „gdybym miał syna“, ale nie dał mi nigdy odczuć, że wolałby, abym była chłopcem. Po prostu traktował mnie tak, jakby traktował syna. Strasznie często chodził ze mną na piwo. Kiedy miałam 11 lat, wsadził mnie do autobusu 521 w Falenicy i powiedział: „Teraz musisz się nauczyć jeździć sama autobusami“. Kiedy zaczęłam pracować w telewizji rok później, stwierdził tylko: „To teraz musisz nauczyć się przesiadać na tramwaj, bo na Woronicza dojeżdża tylko 33“. Jestem mu za to wdzięczna, bo podczas egzotycznych podróży nie boję się jeździć miejscową komunikacją. Mówił „moja krew“.  Był prawdziwym, rasowym seksistą i patriarchą starej daty. Nie rozumiał co to znaczy, że jestem feministką. A musiałam chyba nią zostać w sposób naturalny, po tym kiedy mówił „bo to kobiety obowiązkiem jest dbanie o dom i związek“. Obowiązkiem mężczyzny jest dbanie o stado. Moja mama do tej pory nie wie, jak płaci się rachunki. 

Nie wiedziałam, że nie przeczyta tego ostatniego sms-a ode mnie. „Kocham Cię. Nie byłeś grzeczny, ale nikt tego od Ciebie nie wymagał. Za to, że byłeś niegrzeczny kocham Cię najbardziej“. 

Nie zadzwonię. Nie powiem, że jestem mu wdzięczna za to, jaki był. Za to, że skracał dystans między sobą a światem, że drwił z konwenansów. Że nie chodził do teatru, bo „tam krzyczą i tupią“. Za to, że kiedy zaoferowano mi w TVP pracę przy Openerze za śmieszne pieniądze, wysłał mi równowartość tego wynagrodzenia przelewem z tytułem „niech spierdalają“. Za to, że kupił mojej mamie na imieniny zegar słoneczny do ogrodu. Za to, że bał się oglądać „Lot nad kukułczym gniazdem“ jeszcze raz, bo za pierwszym wywarł na nim zbyt mocne wrażenie. Nie zdążę go zapytać, jak grało się dyskoteki w Stodole czterdzieści lat temu i na czym miksował. Nie zdążę z nim wspominać, jak pierwszy raz piłam z nim wódkę (tak, domyślam się że w ustach alkoholiczki to brzmi nieprzyzwoicie, ale to był dla mnie rytuał inicjacyjny, poczułam się tym synem, którego nie miał) w kulisach po koncercie Ewy Bem. Nie będę znowu się z nim śmiała do łez z tej historii, kiedy babcia Krysia zachwycona koncertem afrykańskiego zespołu Osibisa schowała się za filar Sali Kongresowej, żeby zostać na nielegalu na drugim (bo grali dwa po sobie), mimo, że miała wrócić do Falenicy i się mną opiekować. 

Mój ojciec był niedorzeczny. Niedorzeczny z całą swoją złożonością, z karierą polityczną, którą zawdzięcza chłopackiej inicjatywie wymyślonej po godzinach w redakcji czasopisma konkurującego z „Hustlerem“ i „Playboyem“. I podszyty tęsknotą za dobrym światem, dlatego w statucie tej inicjatywy zapisane było przede wszystkim „wszyscy mogą się dogadać. My sugerujemy, że najłatwiej dogadać się przy piwie“. Miał rację, ja też tak sądzę i kiedy teraz obserwuję światopoglądowe spory, to myślę przede wszystkim „nie antagonizujmy. Nie szukajmy tego, co nas dzieli, lecz tego, co nas łączy – dogadajmy się“. Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że dokładnie to mój Tata zapisał w pierwszym punkcie statutu Polskiej Partii Przyjaciół Piwa, która miała być żartem, ale poglądy na mechanizmy polityczne miała zupełnie serio. Pamiętam, że podkreślał swój wielki szacunek do Marka Jurka:„dzielą nas poglądy, ale to niezwykle inteligentny facet“. Nie przypominam sobie, żebym ostatnio usłyszała takie zdanie z ust jakiegoś polityka.

Kiedy lekarka na OIOMie powiedziała: „Jeśli chce coś pani tacie powiedzieć, to teraz jest ten moment“, nie mogłam w to uwierzyć. Kilka godzin wcześniej lekarz prowadzący mówił, że ten respirator to tylko na chwilkę, że markery sepsy się cofają i owszem, stan taty jest poważny, ale nie z takich stanów ludzie wychodzą. 

Powiedziałam mu wtedy to, że jestem dumna, że jestem jego córką. Bycie córką to dziwne zadanie, kiedy w innej płci widzisz wcielone cechy tego dorosłego mężczyzny, który na zdjęciach tulił cię jak malutkiego orzeszka w swoich ogromnych łapach misia. W tym szpitalu majaczył, odpływał, ciężko było złapać z nim kontakt. Odwiedziliśmy go z Maćkiem, moim narzeczonym, 22 lutego. Był zmęczony, powiedział „dzieciaki, nie będę was dłużej przetrzymywał“ i dodał „żegnam was znakiem papieskiego krzyża“. To było ostatnie zdanie, jakie usłyszałam od mojego przytomnego Taty. Pożegnał się z nami na prawdziwym swagu. 

Dzisiaj mija miesiąc od tego dnia, kiedy odszedł. Żałoba jest chaotyczna, dokładnie tak, jak ten tekst. Jest dla mnie sprzątaniem całego mieszkania i kupowaniem nowych lamp. Jest zagraniem dyskoteki, podczas której chciało mi się płakać, bo przez cały czas czułam palący brak, palące „jego już nie ma i nigdy nie będzie, on nie istnieje“. Jest oglądaniem zdjeć z moją mamą, w trakcie którego zaśmiewamy się do łez, ja szczególnie z tego, kiedy mój ważący 160 kg Tata położył się pod krzewem na dywanie kwietnym uzdrowiska Ciechocinek, tak po prostu, dla zgrywy. Czasem muszę chodzić po centrum handlowym przez cztery godziny, bo czuję się jakby ćmił mnie ząb. Raz napisałam coś głupiego na fejsbuku, ze złości, na nieznaną mi osobę. 

Boję się, że go zapomnę. Że zapomnę jego głos, kiedy mówił do mnie „Małgosialku“. 

Odczuwam też ulgę, że niczego nie muszę się bać, bo nie bałam się nigdy nikogo tak bardzo jak mojego Taty, który awantury robił zupełnie bez powodu. Nie mogę wchodzić do jego pokoju i przeglądać jego rzeczy, bo chce mi się płakać. Wchodzę tam jednak i chcę włączyć jakąś płytę, a potem się śmieję, bo oczywiście okazuje się, że adapter jest nie podłączony. Dotykam książek przy jego łóżku i czuję brak. Jeżdżę co dwa dni do Falenicy i oglądam z moją mamą „Na dobre i na złe“. Tęsknię do tego, żeby ktoś, ktoś kto go zna, opowiedział mi coś o Adamie. Jestem wdzięczna, kiedy to robi. Mogłabym słuchać o nim bez końca. Międlę w głowie to, co powiedział o mojej książce. Nie czytał jej, ale przeczytał ostatnie zdanie i powtórzył trzy razy „Małgo (tylko on mógł do mnie mówić „Małgo“ tak, żebym się nie wkurzała), ale mnie to walnęło“. 

Nie wierzę w duchy, nie wierzę w życie po śmierci, ale godzinę po tym, kiedy zatrzymała się akcja serca mojego Taty siedzieliśmy w kuchni i usłyszeliśmy rumor. To figi, które kupiłam mu kilka miesięcy temu, bez zdania racji, bez wytłumaczalnego fizycznego powodu, spadły z półki, jakby ktoś wystrzelił je z procy. W taksówce mój narzeczony prawie nic nie mówił, powiedział tylko „ale z tymi figami to naprawdę było niewiarygodne“. I pomyślałam wtedy, że może nie będę się smucić. Może zrobię inaczej. Może uwierzę, że on naprawdę gdzieś jest, że zmienił stan fizycznego skupienia, ale jest, jest jak dobry Duszek, jak chochlik, który tkwił w jego oczach aż do śmierci i pilnuje. Mnie i mojej mamy. Bo życzył nam dobrze. Pilnuje, żeby wszystko było w porządku. Bo dlaczego nie miałabym w to wierzyć, nawet jeśli mam 36 lat i nigdy nie wierzyłam w Boga? Przecież słyszałam, że figi spadły. A od miesiąca wszystko układa się po mojej myśli, tak jak jeszcze nigdy się nie układało. Chińczycy w to wierzą, wierzą w duchy zmarłych. A Chińczyków jest dużo, więc może oni mają rację.  

Małgorzata Halber

89 thoughts on “Tata

  1. W sobotę mija pierwsza rocznica śmierci taty, a ja wciąż nie wierzę w to, co się stało. Może spędzę ten dzień tak samo jak on by to zrobił? Tak. Będę słuchała jego ulubionej „Stairway to Heaven” i może się napiję. On lubił pić…
    A Ciebie ściskam!

  2. Czytywałem teksty Pana Adama w Angorze. Pamiętam też odcinek Wielkiej Gry z jego eksperckim udziałem, zdaje się o Presleyu. Pasji, która prowadziła go przez życie można chyba zazdrościć – bez wyrzutów sumienia. Nigdy nie wpadłem na to, że to Pani tata. Proszę się trzymać.

  3. U mnie to miesiąc i 20 dni. Nie zdążyłam powiedzieć kocham, bo po 5ciu dniach w szpitalu mimo, że nie zdjęli Mu „okablowania” wszystko szło w dobrym kierunku, w kierunku: święta spędzimy razem. Nie było tego „to jest dobry moment (dobry???!!!), ostatni, by powiedzieć…”. Miał wolę życia większą niż jakikolwiek znany mi człowiek. Nie umiem się pogodzić z jego śmiercią. I czytając Twój tekst płakałam i teraz pisząc pod tekstem też płaczę, bo nie rozumiem… i wciąż nie dociera do mnie, że Go nie ma.

  4. Trzymaj się Gosiu. Pięknie dzielisz się wspomnieniami o Tacie.
    Utrwalasz, zaklinasz. Na pewno jest obok.

  5. Siedzę i płaczę. Mam 36 lat, mój tata zmarł 16 stycznia – ten sam rocznik, co Twój. Tez król zycia – 120 kg wagi:) Gdy czytam o Twoim tacie, to jakbym czytała o swoim – nawet z wyglądu byli podobni. Ciągle wykłocałam się z nim o PiS, o sytuację kobiet – był totalnie prawicowy, a jednocześnie w stu procentach akceptował moją dziewczynę i nienawidził kościoła:) taka sprzeczność 🙂 Tęsknię za nim bardzo. Nawet nie zdążyłam go zobaczyć – on w Radomiu, ja w Szczecinie. Ostatni raz widzielismy się pól roku temu. Gdy nagle, niespodziewanie znalazł się w szpitalu po wyjściu od swojej siostry, nikt nie przypuszczał, że cztery dni później go nie będzie. Na pogrzebie puściłismy mu „Outsidera” Dzemu, bo on taki własnie był…Inny:)

  6. Siedzę i płaczę. I wiesz, myślę, że On to wszystko przeczyta i będzie wiedział. Każda taka tragedia przybliza mnie do wiary w siłę, energię, której nie znamy, w nienazwaną i niepojętą. Każdy dostaje takie znaki, mimo, ze zaden ksiadz nie opowie Ci z ambony o tym, ze figi spadaja. Stay strong <3

  7. Wielki szacunek Gosiu. Byłam w piątek na Twojej dyskotece, patrzyłam na Ciebie, mając z tyłu głowy co przeżywasz. W innych okolicznościach podeszłabym do Ciebie uścisnąć Ci dłoń, ale się wstydzę, bo pomimo wielu punktów zbieżnych, osobiście się nie znamy.

    Mój ojciec też odszedł, wiele lat temu, z własnej woli. Nie miał tak wspaniałego życia jak Twój Tata, więc nie miałabym ani czego ani komu o nim opowiadać. Proces żałoby przechodzę do dzisiaj, kilkanaście lat, czasem zakłuje mocniej, czasem się coś przypomni, ale nie zniknie, trzeba oswoić.
    Życzę Ci, żeby u Ciebie ten proces przyjął jak najdelikatniejszą formę, którą przełożysz na wartościowe świadectwa o nim, warto.

    Życzę Ci też wszystkiego dobrego i wysyłam w myślach różowego słonika (moja lekko ezo pani od fizyki w liceum kazała nam lokować w myślowym słoniku dobre myśli i słać do ludzi, zaufam jej).
    P.

  8. Piękny tekst.

  9. taniecwskorpupkach

    Pani Małgorzato, bardzo współczuję Pani straty taty (super rym). Swojego jeszcze mam, miesiąc nierozmawiania o 300km od siebie, ale mam, chociaż po lekturze nie mogę się w ogóle uspokoić i przestać płakać. Prawdę mówiąc nie potrafię wyobrazić sobie, jak sobie Pani radzi. Co ja niby mam zrobić, kiedy odejdzie mój Tata? Chyba zakopię się pod ziemią razem z nim, nic innego nie przychodzi mi do głowy. Podziwiam Panią za wytrwałość i próby niepoddawania się. Silne kobiety żyją silnie. Kamila

  10. Trzymaj się dzielnie! Przytulam..

  11. Ja przez 3 miesiące po śmierci mojej Mamy płakałam codziennie. Teraz , po półtora roku, wreszcie mogę powiedzieć że najgorsze za mną. To jest tak osobiste, wszystkie miejsca do których się razem chodzilo krzyczały, żeby ciągle pamiętać. Dom, zdjęcia, dotąd mam nostalgię jak tam jestem. Trzeba bylo zyc na silę. Ale czas leczy rany, powolutku, z każdym miesiącem będzie lepiej.pozdrawiam ciepło

  12. Prawie się poryczałem czytając.
    Gośka, dasz radę.
    I obejrzyj – jeśli jeszcze nie widziałaś – Ciało/Body.
    Bardzo na temat.

  13. Spłakałam się, pięknie napisałaś o pięknym człowieku.

  14. Cześć Gosiu,
    Nie wiem czy pamiętasz mnie z wycieczki – rejs Egipt. Chodziliśmy razem po Kairze. Dawno temu… Prawie rok temu przechodziłem to co Ty teraz. I jedno co ci muszę powiedzieć, to trzymaj się tego co piszesz na końcu tekstu. Ja po moich doświadczeniach, mimo że nigdy nie wierzyłem to wiem teraz jedno na pewno to nie jest koniec. To co mnie spotkało, zmieniło mnie na tyle że zrozumiałem pewne w sumie oczywiste prawdy. W sumie z nikim o tym nie rozmawiałem, ale sądzę że dzięki temu ja mogę żyć dalej.

  15. Naprawdę bardzo dobrze się Ciebie czyta. Ten artykuł jak i opublikowaną książkę. Poruszasz. Tajemnica chyba tkwi w tym, że piszesz z serca. Dlatego nigdy w siebie nie wątp i rób to co kochasz, bowiem efekt jest fascynujący. Podziwiam Cię za odwagę, za szczerość i za to, że nie boisz się oceny. A nawet jeśli się boisz, to nie pozwalasz aby ten strach sparaliżował Twoją twórczość. Super, tak trzymaj 🙂 Dziękuję za ten artykuł, przybliżył on kilka gramów obraz Twojego świata, Twojego taty. W książce bardzo ominęłaś na ten temat (oczywiście takie Twoje pełne prawo). Mi osobiście brakowało bardzo odpowiedzi na pytanie „… ale co się musiało wydarzyć, że doprowadziło do takiego stanu? Mam na myśli uzależnienie, niską samoocenę…?” Może i znalazłabym wówczas odpowiedź, co przyczyniło się do powstania moich własnych problemów? Nie wiem. Nie wiem, czy świadomość związku przyczynowo-skutkowego ułatwia zaradzenie skutkom..? Powiedzmy, że jest to pytanie retoryczne:). Wracając do tematu. Świetny artykuł. Trzymaj się i życzę wszelkiego powodzenia. 🙂

  16. Płakałem czytając Pani piękny, przecudowny list o Ojcu. Dziękuję. Mam rodziców w podeszłym wieku. Zadzwonię. DZIĘKUJĘ!

  17. M. Dabrowska

    Wzruszajace do lez wspomnienia, napisane pieknym zrozumialym jezykiem.Zazdroszcze takich wspomnien, bo moje sa inne i z bolem musze stwierdzic, ze moje corki nie beda tak wspominac swojego ojca(on nie umial im okazac milosci w nalezyty sposob).

  18. Piękne i bardzo wzruszające. Życzę dużo spokoju.

  19. Pani Małgosiu,Pani Tata…..jest…nie „był”…chodź trudno teraz Pani w to uwierzyć..
    Ja po tragicznej śmierci mojej mamy nie mogłam znieść myśli ze Jej nie mam zaczęłam szukać Boga(po okresie strasznego buntu na Niego) i sie za Nią modlić…bo wiem ze Im to pomaga.

    Nasi rodzice patrzą na nas z góry (a tam na gorze tez potrzebują rożnych ludzi i ładnych i brzydkich i fajnych i tych mniej fajnych:))
    I są z nami-to Pani gwarantuje…
    Przytulam Panią do serca:)
    Basia(alkoh+lek)

  20. Amen, amen, amen. Przepiękne słowa, aż ciężko mi napisać cokolwiek więcej. Świetnie, że ludzie potrafią po sobie zostawić takie wspomnienia.

  21. Piękne wspomnienie. Prawdziwe, a nie „de mortuis nil nisi bene” (gdy ucieka się od prawdy na rzecz laurki zostaje właśnie „nic”). Napisała Pani tak, że po przeczytaniu tęsknią za Ojcem nawet ci, którzy Go nie znali.
    Trzeba pisać. Teraz. Wspomnienia mają swój okres połowicznego rozpadu: po jakimś czasie zostaje połowa, potem połowa połowy… Życzę Pani długiej, dobrej pamięci.

  22. Proszę przyjąć moje szczere wyrazy współczucie. Mój Ojciec odszedł rok wcześniej. Mogłabym się podpisać pod wszystkimi Pani uczuciami i odczuciami. To niesamowite, jak bardzo można poczuć się dzieckiem w tak dorosłym wieku, prawda? Serdecznie pozdrawiam.

  23. Ten tekst wcale nie jest chaotyczny. Wcale. Jest bardzo spójny i prawdziwy.
    Współczuję Ci straty ojca. Ja kiedyś śniłam tylko o takiej tragedii, a po obudzeniu nie mogłam przestać płakać choć wiedziałam już, że to był tylko sen. CHIŃCZYCY MAJĄ RACJĘ.
    Przesyłam Ci dużo ciepłych myśli.

  24. Przeczytałam.
    Do końca.
    W tle Artur Rojek „Mój tata generał”. Jakoś tak przypadkowo.
    Popłakałam się.
    Póki jeszcze mam szansę, będę doceniać i kochać z całych sił mojego tatę.
    Dziękuję.

  25. Płakałam jak dziecko.
    Dziękuję, potrzebowałam oczyszczenia.

  26. Andrzej Marzec

    Małgosiu, po przeczytaniu tego serdecznego wspomnienia, Adaś byłby dumny z Ciebie, tak jak ja, chociaż jestem tylko kolegą Twojego Ojca. Pozdrawi.am

  27. Dokładnie to samo czułam ponad 10 lat temu, kiedy odszedł mój tata. To bardzo piękny tekst, pani Małgosiu. I niech się Pani nie martwi – głosu ojca mówiącego imię córki nie zapomina się nigdy.

  28. Pięknie napisane. Chciałabym kiedyś napisać coś podobnego o moim Tacie. Póki pamiętam, bo z każdym dniem zapominam coraz więcej. A mój Tata bardzo cenił Pani Tatę.

  29. Ja też niedawno straciłam Tatę. I mam podobnie jak Ty, bliskie, ciepłe wspomnienia. Dzień po śmierci, tłukłam się bez celu po mieszkaniu, ni to płacząc, ni to tłumacząc, że płacz nic nie zmieni i trzeba się wziąć w garść, aż zadzwonił domofon i mój narzeczony nie oświadczył, że kolęda. Nie jesteśmy wierzący, więc podziękował. I mój rzewny płacz, bo tata by zaprosił. Dezintegracja tożsamości, bo gdzie ja a gdzie tata. Narzeczony poszedł po księdza, ten przyszedł, usiadł sobie i rozmawiamy, ja zasmarkana i zapłakana, mówię, że nie chcę kolędy, chcę Tatę. Do mojego domu przyszedł dobry i myślący ksiądz, który nie chciał mnie na ścieżkę przez siebie obraną zaciągać, lecz opowiadał o „życiu po życiu”, o podróżach energii czy Dusz, o Obecności i o tym, bym rozmawiała z Tatą, gdy tego potrzebuję. Pomogło mi to, uspokoiło. Teraz, po 3 miesiącach jest mi wciąż bardzo ciężko z tym brakiem w sercu i rzeczywistości (wciąż jeszcze sięgam za telefon by do niego dzwonić, jadąc do jego domu myślę o ulubionych naszych zupach i jego okularach na stole…) i jest mi tak cholernie smutno, że tu już nie ma, ale pamięć jest. I rozmów nie ma, choć mówię do Niego.

    Małgosiu, empatyzuję z Tobą i pozdrawiam Cię z Północy.

  30. cześć
    Wczoraj po raz pierwszy trafiłam na twojego bloga. Po przeczytaniu tego tekstu łzy popłynęły. Obecnie kontakt z moim ojcem mam znikomy, nie z własnej winy, a z jego. To gdzie teraz jestem w życiu, po wszystkich zakrętach, teraz na prostej- zawdzięczam jemu i jego zjebanemu podejściu do ojcostwa. Coraz częściej nachodzą mnie myśli co będzie jak go zabraknie… Czasem myślę -NIC!- co ma być skoro i tak go nie ma… ale czasem przelatuje przez głowę, że jeszcze mam realną szansę coś mu powiedzieć. Zobaczyłam w tych literach cząstkę samej siebie i wiele analogi do własnego życia. Chciałam tylko napisać krótkie dziękuję.
    Trzymaj się
    cześć

  31. cześć Małgosiu.
    przeczytałam ten tekst jednym tchem. wzruszający…. czytając nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że czytam również o swoim Tacie. umarł w grudniu 2009 tuz przed świętami. zdajesz więc sobie sprawę, że tamtych świąt nie pamiętam. zresztą nie tylko ja, jest też mama i siostra, które przeżyły to równie mocno jak ja. najdłużej nie mogła się pozbierać mama, aż przykro było to wszystko obserwować:( ale nie będę Ci się tu rozpisywać o moich przeżyciach, chcę powiedzieć że tekst chwytający za serce, łzy mi pociekły po polikach. z tego co piszesz Twój Tata był nietuzinkowy…
    przeczytałam również Twoją książkę, ZAJEBISTA. widziałam w niej siebie.
    przytulam cieplutko
    Asia

  32. wojciech ossowski

    Pani Małgorzato. Z Pani Ojcem los mnie zetknął w piśmie muzycznym. Mogę powiedzieć, że był moim mentorem, wprowadzał mnie w zawód. Pewnie i był komuchem, bo reszta zasłużonych, starszych dziennikarzy opiekowała się dobrze rokującymi, młodymi celebrytami, a tu jakaś sympatia proletariacka i pomcna dłoń wyciągnięta do chłopaka z robotniczo-drobnointeligenckich podwórek (Grójecka 106 – jak się okazało potem, bylismy sąsiadami). Nie miałem przez lat wiele kontaktu z Pani Ojcem, ot kilka razy w przelocie – zawsze będę go szanował i pamiętał o nim bo – to nie jest komunal – był fantastycznym i prawym człowiekiem, jakich już dziś malutko. Może i komuch, ale ja jestem prawicowy i powiem, oby po tej stronie było więcej ludzi pokroju Taty, byłbym szczęśliwy. Nie wiedziałem, że odszedł – ze mną będzie do końca.

  33. Wiesz.. mam tez wspanialego ojca. Kocham go nad zycie. To nir jest rozowa relacja, ale kocham go bardzo. I doceniam, ze jest. Jest najlepszym ojcem, jakiego moglam miec. I ciesze sie, ze moglam to tu napisac. Twoj okciec jest kolo Ciebie. To, ze go fizycznie nie widzisz, nie znaczy, ze go nie ma. Jest. Wiem to. Tez to wiesz. Figi.

  34. Popłakałam się strasznie, strasznie, strasznie. Dziękuję za ten tekst. Niech Pani pamięta, że Tata jest blisko. A ludzie podli są, byli i będą. Trzeba nauczyć się ignorować ludzi którzy potrafią widzieć tylko zło i nim żyć. Jestem pewna, że Pani Tata potrafił sobie z nimi radzić świetnie. Pozdrawiam i ściskam mocno.

  35. Dziękuję, ja ze swoim nie zdążyłam porozmawiać. Chyba mnie nie potrzebował. Pozdrawiam serdecznie i dziekuje za ksiazke.

  36. maria bożena

    Moi zmarli są w moim życiu. Ze mną.

  37. Dla mnie, pani Małgosiu, pani Tata zawsze będzie fantastycznym ekspertem w
    ” Wielkiej grze”, którą jako dzieciak oglądałam pasjami z mimo Tatą. Cudownie radosnym, z wielką muzyczną wiedzą. Mojego Taty też już nie ma, 14 lat….
    Głosu Taty nie będzie pani pamiętać już za chwilę, ale kawałek pani serca jest zarezerwowany wylacznie dla Niego.
    Dzięki za ten wpis.

  38. Pani Małgosiu BARDZO MI PANI POMOGŁA !!!! Będę jak chinka .Pozdrawiam

  39. Miałam gęsią skórę od pierwszego zdania do ostatniego . I w sumie teraz też . Mój tata też był dializowany ,przez 6 lat żył bez nerek , zmarł jak miałam 198 lat i zostałam sama na tym świecie . Nie raz czułam jego obecność , a przez pierwsze 3 miesiące tułałam się po koleżankach i ciociach , bo bałam się spać w domu ,sama . Podbijając temat fig , u mnie miało to miejsce z kloszem na lampie , sparaliżował mnie strach ,ale na drugi dzień przyjaciółka powiedziała do mnie ,że przecież mnie kochał i nawet jeśli przyszedł (o zgrozo) to dla tego ,że mnie kocha i przecież by mnie nigdy nie skrzywdził . Logiczne , ale dojście do tego i powrót do pustego domu zajęło mi trochę czasu . 3maj się 🙂

  40. Chcialabym wierzyć ,że mój Tata też gdzieś jest najlepiej blisko mnie ,żeby prowadzil mnie za reke i podpowiadał jak żyć jak dać swoim dzieciom to co On dał mnie bezgraniczną miłość ,poczucie humoru i talent. On był pewny tego co robił wiedział że talent plastyczny dany jest mu po to aby go pokazać jak najwiekszej liczbie ludzi żeby cieszć nim siebie i innych . Ja mam 42 lata i ciągle proszę Boga ,anioly o to aby wskazały mi droge . A mój Tata już prawie dwa lata nie ma go z Nami a ja czasami z rozpaczy wyję do poduszki . Kocham Cie Tato najbardziej na świecie.

  41. Pięknie. Napisała Pani to samo, co ja czułam, i jakie miałam myśli jak moja mama zmarła.

  42. Przepiekna opowiesc…trudno nie uronic lezki… powodzenis Malgosiu…

  43. Wiesz na czym polega mój problem? Że wiem, że u mnie bedzie tak samo. Nie rozmawiam ze swoim ojcem (ze względu na wiele zła, które wyrządził) od 1,5 roku. Ale wiem, że w pewnym momencie te wszystkie kłótnie i niezgody szlag jasny trafia. Ja też cały czas odkładam to na później. Cholernie nie chce doczekać tego momentu. Nie chce wiedzieć jak to się skończy.

  44. Nie doczytałam do końca,,sorry…

  45. To takie banalne powiedzieć w takiej sytuacji „współczuję”. Słyszałam to słowo setki razy – półtora roku temu, gdy odszedł. Najpierw ulatywało gdzieś w otchłani szoku i ogólnego paraliżu, w jakim się znalazłam. Potem przez chwilę pomagało, dawało poczucie osadzenia w rzeczywistości, w której wszyscy faktycznie współczuli, współodczuwali – albo chociaż tak im się wydawało. Potem zwyczajnie drażniło, tak jak wszystko – jak każdy dźwięk, każde słowo, każdy człowiek, jak codzienna konieczność podniesienia się z łóżka i wkroczenia w kolejny dzień, kiedy nie usłyszę w słuchawce Jego „No, cześć”. Mogę jednak powiedzieć też, że trochę zazdroszczę. Zazdroszczę możliwości pożegnania się, rozliczenia z przeszłością, możliwości powiedzenia o tej dumie, świadomości, że to się stanie, i choćby próby oswojenia tej świadomości. Mnie nie było to dane. Mój Tato nie był w szpitalu, nie narzekał na zdrowie – wyjechał służbowo. Jak zawsze zostawił u mnie na przechowanie „naszego” psa. Rozmawiałam z Nim przez telefon o 21.00. O 23.40 w odległym o 400 km szpitalu zostało już tylko jego ciało. Był moim największym przyjacielem, największym wsparciem, jedyną osobą, która kochała bezinteresownie i naprawdę, jedyną, która akceptowała moje ułomności. Ja też boję się, że zapomnę, jak brzmiał Jego głos, choć z racji Jego zawodu przechowuję mnóstwo taśm z wywiadami, które prowadził. Nigdy jeszcze nie odważyłam się żadnej odsłuchać. Pielęgnuję Jego pokój, a w nim zapach papierosów, Jego perfum i kurzu, który osiadł na setkach książek. Karmię tym zapachem jakiś wewnętrzny głód, którego nie da się nawet nazwać tęsknotą, bo to też wydaje się banalne. Noszę Jego arafatkę, przywiezioną z jednej z wielu podróży, choć sama dostałam od Niego podobną. Żałoba, zgodnie z psychologicznymi teoriami, ma różne etapy. Dzisiaj wiem, że moja się nie skończy, ale czas pomaga ją oswoić. Przez pierwszy rok byłam chora – po czterech miesiącach, kiedy wykończyłam swój organizm, udając, że sobie radzę, musiałam przyznać, że jestem gruntownie rozwalona psychicznie i żaden z rekomendowanych w mądrych pismach sposobów za cholerę mi nie pomaga. Wieczorem piłam wino i wyłam jak zarzynane zwierzę. Rano jechałam do pracy, a po pół godzinie zamykałam się w łazience, puszczałam wodę i dalej wyłam. Coś pękło, gdy człowiek, który przez cały ten czas był przy mnie, zaczął wyć razem ze mną. Ale nie z tęsknoty za Nim – tylko za mną. Musiałam nauczyć się żyć na nowo – po 32 latach życia z Nim, dzielenia z Nim każdej decyzji, każdej opinii, rozmawiania przez telefon kilkanaście razy dziennie, wspólnego komentowania książek i filmów, głośnych i burzliwych dyskusji. Po Jego odejściu zapadła cisza, która do dziś huczy w mojej głowie. Cisza, której nikt i nic nie jest w stanie wypełnić. Tak jak Pani jestem dumna, że mogłam być Jego córką – wiem, że to najważniejsze, co mnie w zyciu spotkało. I nawet ze świadomością tego, co się stało, za nic nie oddałabym czasu, który dane nam było spędzić razem. Życzę Pani dużo siły i cierpliwości w oswajaniu nowego życia. Wierzę, że się uda.

  46. Odejście kogoś bliskiego to strata nie do przeżycia ale życie staje się piękniejsze a żal mniejszy jeśli ma się takie wspomnienia.

  47. „Boję się, że go zapomnę.”
    Nie zapomnisz, a pustki nic nie wypełni.
    RIP

  48. I nie tylko Tata Halber. Tata Z. też:). Dzięki za ten tekst, przez moje łzy, juz na szczęście letnie, dzięki:)

  49. „Letnie”, bo czas robi z ran blizny, na szczęście.

  50. Małgorzato, ale mnie to walnęło…

    Ściskam i samych pomyślności
    I trzymaj się dobrych duchów

  51. Pani Małgosiu, pięknie napisane
    są ludzie dla których niezależnie od tego co Pani zrobi zawsze będzie Pani córką komucha od afery, ta od programów muzycznych, ta od beatles’ów, ta pijaczka etc. zawsze przykleją jakąś łatkę. A prawda jest taka, że Ci co plują sami mają kilka „trupów w szafie”.

  52. Mojego taty też już nie ma…od prawie 4 lat. Nie zapomniałam!

  53. mam łzy w oczach i ciarki na plecach – dzięki za ten tekst…powiedzieć, że wzruszający to za mało…pozdrawiam, M

  54. Obcy ludzie to nie tylko splunięcia, to też serdeczny bezinteresowny uśmiech i zrozumienie. Tak jak rozumiem Ciebie teraz. Chociaż strata bliskiego człowieka dla każdego jest czym innym.

  55. Pięknie napisane!

  56. Piękne…..wiem co Pani czuje….naprawdę wiem. Mój Tata odszedł miesiąc temu. Była to smierć samobójcza…
    Do tego momentu przeżyłam najpiękniejsze 35 lat swojego życia…i nawet o Tym nie wiedziałam. Teraz wiem.
    popłakałam sie na słowach….” Boje sie , ze go zapomnę. Ze zapomnę jego głos….”
    Ból nigdy nie minie, ale nauczę sie z nim żyć…
    Życzę Wszystkiego Najlepszego

  57. Witam, poruszył mnie ten tekst. Wiem co to znaczy, wiem o czym Pani pisze. Szkoda, że nie przyszedł i do głowy taki same słowa na pożegnanie: jestem dumna..” moje ostatnie słowa były: zaopiekuję się wszystkimi ..
    Tak jak On kiedyś opiekował się nami tak ja teraz przejęłam jego rolę …
    strasnzie tkliwie mi sie zrobiło i nawet jak piszę to tal lekko dotykam klawiatury aby ten moment tkliwości został ze mną jak najdłużej..
    Trzymaj się

  58. Bardzo wzruszyły mnie Pani słowa, Małgosiu… proszę pamiętać, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi… Jestem z Panią!

  59. Figi nie spadły przypadkiem:) piękny tekst. ..

  60. Ale mnie TO walnęło! ……

  61. jakie to było piękne… kilka dni temu skończyłam czytać Twoją książkę… ale nie o tym. Po tym tekście zrozumiałam parę rzeczy. Między innymi to, że chcę mieć dziecko i być dla niego takim rodzicem. niedoskonały, ale prawdziwym.
    i że nie mogę ciągle w myślach walić się po łapach cienką trzcinką w ramach pokuty za to, że jestem sobą. po prostu. olśniło mnie wręcz. że ta cała niedoskonałość to ja. I tak, jak zapewne Twój Tato był niedoskonały, a jednocześnie niesamowity, oryginalny/ uff… dzięki.

  62. Agnieszka Mrowińska

    Pani Małgorzato,
    7 marca straciłam równie bliską osobę, faceta, który wprawdzie nie był moim ojcem w sensie biologicznym, ale nim był. Osobę publiczną, podobnie jak Pan Adam i z podobnymi łatkami. Nie umiem tak pisać jak Pani, ale dziękuję za ten tekst bo on jest też o tym, kto mnie opuścił i o moich uczuciach. Fajnie, że ktoś umiał to tak opisać. A tak w ogóle to oni gdzieś tam są, są z nami!

  63. Małgorzata B.B.

    Jasne, że te figi, to sprawka Twojego Taty:)
    Bardzo fajnie piszesz…Tato jest teraz blisko Ciebie, jestem pewna.

    Pozdrawiam ciepło i trzymaj się!

    Małgorzata B.B.

  64. A wieczór miał być o niczym. Przeczytałam i bęc. Spłakana, czuję się jak mała dziewczynka. Mój Tato żyje, ale czytając to myślałam o właśnie o nim, za co przepraszam. Przypomniałam sobie jaki był, jest. Może to dobry moment, żeby powiedzieć Mu, że jestem dumna z tego, że jestem Jego córką.
    A Pani Tato – no cóż, przypominał mi zawsze dobrotliwego św. Mikołaja. Pozdrawiam naprawdę.

  65. Uroniłam łezkę, może dwie… okej przyznaje- wyłam 🙂 Dużo siły dziewczyno ! :*

  66. Bardzo Pani współczuję.

  67. Wielki człowiek, choć dla współczesnego „konsumenta” rzeczywistości chyba niewiele to znaczy. A może się mylę co do rozpoznawania znaczenia takich osób w świecie gnającym coraz bardziej za przyjemnością – za przyjemnością mającą zastąpić prawdę i ból codziennego istnienia Nas jako ludzi……….. jeszcze Ludzi ………..

  68. Pani Makgorzato, dokładnie 22 miesiące temu to przeżyłam, Tato odszedł po niecałym miesiącu choroby. Uwielbiam wszystkich którzy chcą go ze mną wspominać. Najbardziej na świecie żałuję że nie zobaczył swojej upragnionej wnuczki , urodziła się 4 mc później. Jest z nami duchem ale czasem to zdecydowanie za mało!

  69. Dziękuje Ci za ten tekst. Straciłam mojego brata. Żałobę przeżywam w podobny sposób jak Ty. Dobrze jest czasem z kimś się utożsamić.
    I nie przejmuj się plujkami! Chyba w Polsce źle zrozumieliśmy wolność słowa!

  70. Pięknie napisane. Jestem przekonany, że twój ojciec kroczy teraz przy tobie bardzo dumny i pilnuje by wszystko układało się po twojej myśli.

  71. Pięknie zrozumiane. Pięknie wyrażone. Dziękuję.

  72. Piękne wspomnienia, Pani Małgorzato. Poza szczerością wyznania i realizmem, autentycznością pamiętnikarskiej relacji o ludziach zupełnie niewymyślonych, najprawdziwszych, czuję tu piękny literacki styl, język dobrej literatury. Dziś w „Drugim Śniadaniu Mistrzów” usłyszałam, że wydała Pani książkę, idąc tym tropem trafiam tutaj. Odchodzę wzruszona. Proszę sobie wyobrazić, że taka historia jak Wasze figi, zdarzyła się także w mojej rodzinie. Serdecznie Panią pozdrawiam. Głos Pani Ojca mam ciągle w pamięci. Jestem pewna, że on także jest z Pani dumny.

  73. Cześć,

    Mocno piszesz bo płaczę…mam ojca który nauczył mnie, że nie ma granic wyobraźni. Mówił, że możemy z siostrą latać, mieć magiczne pierścienie, że wszędzie jest magia. Ta magia skończyła się kiedy nie potrafił sobie poradzić ze zmianą systemu. Działacz solidarności nagle jest już niepotrzebny…wychowywał się sam od 14 roku życia. Jego ojciec był alkoholikiem więc i mój tato poszedł tą drogą…lata kiedy był najlepszym ojcem szybko zostały zapomniane kiedy to potrafił, leżeć pod moją szkołą na schodach a my kończyłyśmy zajęcia. Wszyscy wiedzieli, że to mój tato a ja mówiłam, że to mój wujek…w dzieciństwie najadłam się tyle wstydu że mam na całe życie…Od kilkunastu lat mój ojciec dzwoni do mnie za każdym razem z innego telefonu. Jest żulem. Bardziej na dnie się nie da być. Przepił wszystko rodzinę, dwa mieszkania, życie…od kilku lat mamy kod rozmowy – zawsze się go pytałam jak jest w skali od 1do10. Gdzie 10 oznaczało, że nigdy więcej już nie porozmawiamy. Dwa lata temu rozmawialiśmy już na skali 9,5 – nie chciał mnie widzieć, ja go chyba też… nie wiem…chciałam mu pomóc tysiąc raz ale on nigdy nie przyznał się, że ma problem. Nawet kiedy było już naprawdę źle. Nigdy. Dwa lata temu zadzwonił powiedziałam mu że będzie dziadkiem i że go kocham. Od tej pory ani razu do mnie nie zadzwonił. A ja czasami wariuję….żyje czy nie. Zaczęłam dzwonić po numerach telefonu z których do mnie dzwonił. Tylko jeden był aktywny ale jego znajomy nie widział go od kilku dobrych miesięcy. Itaka? Nie wiem to wszystko jest takie dziwne. Rok temu poszłam na terapię bo miałam takie wysokie stany lękowe. Jest lepiej ale to jest mega ciężkostrawny temat. Na całe życie. I nikt mnie kurwa nie rozumie. I to jest chyba największy ból tej całej sytuacji. Nawet nie wiem po co ja Ci to piszę.

  74. Pani Małgosiu, wzruszający tekst. Mam łzy w oczach, może dlatego że ja nie pożegnałam jeszcze mojego Taty, który nie żyje już prawie 21 lat. Teraz już chciałabym, aby był czuwającym nade mną duchem.
    Mocno Panią przytulam,
    A.

  75. Czołem. Chińczycy to mądrzy ludzie, dusza odchodzi i wraca, nic złego się nie stało. Liczą się Pani miłe wspomnienia. Proszę się nie gryźć, nie mieliście zawsze fajnie ale jakoś przeżyliście wiele fajnych chwil – i jest ok. co nie? 🙂 pozdr

  76. Na początku chciałam napisać, że jest mi bardzo przykro z powodu Pani straty.
    Chciałabym także bardzo podziękować za książkę. Nie mam problemu z alkoholem, ale kompulsywnie się objadam i kupuję. Przeszłam też dwie terapie dda i idea terapii nie jest mi obca, cały czas pracuję nad sobą, obecnie indywidualnie z Terapeutką.
    W Pani książce znalazłam bardzo ważne myśli dotyczące uczucia poczucia winy, niepokoju, pustki… Takie fundamentalne dylematy, które towarzyszą mi od zawsze i mam wrażenie, że Pani książka coś zmieni w moim życiu, że czegoś się nauczę. Dziękuję, bardzo Panią podziwiam, jest Pani świetną i inteligentną babką:)

  77. Gosia, gdybym mogła, przyniosłabym Ci ciasto, takie na kruchym spodzie z jabłkami i rodzynkami. 7 lat temu mi takie ciasto przyniesione przez bliską osobę pomogło. Nic nie mogłyśmy jeść po odejściu Taty, więc tarta jabłkowa trzymała nas przy życiu. Siedziałyśmy przy blaszce, z wysuszonymi łzami na policzkach i wyjadałyśmy ją palcami.
    Byłam przy Nim, jak wydał swój ostatni oddech. I też poczułam, że zmienia stan skupienia. Ulotnił się gdzieś w powietrze. Nie wierzyłam, że tak się dzieje, dopóki sama tego nie poczułam. Dziwne, wiem, dla kogoś, kto tak-o czyta pewnie to lekki humor jak przy wywoływaniu duchów w „Ciele” Szumowskiej. Ale coś się czuje. Inną obecność.

  78. To takie banalne powiedzieć w takiej sytuacji „współczuję”. Słyszałam to słowo setki razy – półtora roku temu, gdy odszedł. Najpierw ulatywało gdzieś w otchłani szoku i ogólnego paraliżu, w jakim się znalazłam. Potem przez chwilę pomagało, dawało poczucie osadzenia w rzeczywistości, w której wszyscy faktycznie współczuli, współodczuwali – albo chociaż tak im się wydawało. Potem zwyczajnie drażniło, tak jak wszystko – jak każdy dźwięk, każde słowo, każdy człowiek, jak codzienna konieczność podniesienia się z łóżka i wkroczenia w kolejny dzień, kiedy nie usłyszę w słuchawce Jego „No, cześć”. Mogę jednak powiedzieć też, że trochę zazdroszczę. Zazdroszczę możliwości pożegnania się, rozliczenia z przeszłością, możliwości powiedzenia o tej dumie, świadomości, że to się stanie, i choćby próby oswojenia tej świadomości. Mnie nie było to dane. Mój Tato nie był w szpitalu, nie narzekał na zdrowie – wyjechał służbowo. Jak zawsze zostawił u mnie na przechowanie „naszego” psa. Rozmawiałam z Nim przez telefon o 21.00. O 23.40 w odległym o 400 km szpitalu zostało już tylko jego ciało. Był moim największym przyjacielem, największym wsparciem, jedyną osobą, która kochała bezinteresownie i naprawdę, jedyną, która akceptowała moje ułomności. Ja też boję się, że zapomnę, jak brzmiał Jego głos, choć z racji Jego zawodu przechowuję mnóstwo taśm z wywiadami, które prowadził. Nigdy jeszcze nie odważyłam się żadnej odsłuchać. Pielęgnuję Jego pokój, a w nim zapach papierosów, Jego perfum i kurzu, który osiadł na setkach książek. Karmię tym zapachem jakiś wewnętrzny głód, którego nie da się nawet nazwać tęsknotą, bo to też wydaje się banalne. Noszę Jego arafatkę, przywiezioną z jednej z wielu podróży, choć sama dostałam od Niego podobną. Żałoba, zgodnie z psychologicznymi teoriami, ma różne etapy. Dzisiaj wiem, że moja się nie skończy, ale czas pomaga ją oswoić. Przez pierwszy rok byłam chora – po czterech miesiącach, kiedy wykończyłam swój organizm, udając, że sobie radzę, musiałam przyznać, że jestem gruntownie rozwalona psychicznie i żaden z rekomendowanych w mądrych pismach sposobów za cholerę mi nie pomaga. Wieczorem piłam wino i wyłam jak zarzynane zwierzę. Rano jechałam do pracy, a po pół godzinie zamykałam się w łazience, puszczałam wodę i dalej wyłam. Coś pękło, gdy człowiek, który przez cały ten czas był przy mnie, zaczął wyć razem ze mną. Ale nie z tęsknoty za Nim – tylko za mną. Musiałam nauczyć się żyć na nowo – po 32 latach życia z Nim, dzielenia z Nim każdej decyzji, każdej opinii, rozmawiania przez telefon kilkanaście razy dziennie, wspólnego komentowania książek i filmów, głośnych i burzliwych dyskusji. Po Jego odejściu zapadła cisza, która do dziś huczy w mojej głowie. Cisza, której nikt i nic nie jest w stanie wypełnić. Tak jak Pani jestem dumna, że mogłam być Jego córką – wiem, że to najważniejsze, co mnie w zyciu spotkało. I nawet ze świadomością tego, co się stało, za nic nie oddałabym czasu, który dane nam było spędzić razem. Życzę Pani dużo siły i cierpliwości w oswajaniu nowego życia. Wierzę, że się uda.

  79. Naprawdę dobry tekst. Popłakałam się, kiedy go czytałam. Mój Tata umarł, kiedy miałam dwanaście lat, ale wspomnienia z Nim związane wciąż żyją – we mnie.

  80. Pięknie i prawdziwie Pani napisała. Ufam, że to przynosi cień ulgi. Mnie po śmierci mojej Mamy spadały w różnych momentach życia ptasie piórka. Zawsze tuż pod nogi. I zawsze odczuwałam je tak samo. Żałuję, że nie umialam wtedy pisać. Żeby pamiętać. Minęło ponad 10 lat i zapominam. I to boli. I nie wiem jak Ją opowiem mojej maleńkiej córce.
    Tule Pania do serca. Tata jest z Pani dumny.

  81. Mam na imię Iza, dopiero co przeczytałam Pani książkę i jestem pod ogromnym wrażeniem, ogromne emocje.Jak czytałam ostatnie zdanie NAPRAWDĘ miałam potrzebę przytulenia Pani , tak szczerej książki dawno nie czytałam Ta naga prawda o relacjach z ludzmi o słabościach które wszyscy mamy , tylko nie wszyscy potrafimy się do nich przyznać , ale najgorsze jest to że życie płynie dalej jak nigdy nic…tak po prostu.
    a dzisiaj to….Pani relacja po stracie ojca…….zatyka dech w piersiach od prawdy.Najbardziej gubi nas brak uchwycenia chwili, brak szanowania momentu bo wydaje nam się że na wszystko mamy czas ,że zawsze zdążymy powiedzieć to co najważniejsze.A to życie decyduje za nas co możemy a co nie.

  82. Uwielbiam Twój styl pisania. Książka Najgorszy… Rozłożyła mnie na łopatki. Uważam, że każdy z naszego pokolenia powinien ją przeczytać. Czekam na więcej i trzymam kciuki za powodzenie.

  83. Witam!
    Mam 39 lat, jestem matką dwojga dzieci, kobietą, której ojciec był alkoholikiem. Był bo nie ma ma go już szósty rok ,a mnie się wydaje jakby to było wczoraj. Czytam właśnie Pani książkę i zaczynam w pełni rozumieć. Tak, rozumieć. Ojciec był najukochańszą osobą w moim życiu. To z nim zapaliłam pierwszego papierosa, to on chodził na wywiadówki kiedy była kaszana. Kiedy miał iść na pierwszy odwyk powiedział, że pójdzie, ale tylko ze mną – miałam wtedy 15 lat. Nigdy nie zapomnę tego okropnego uczucia, kiedy to musiał przy mnie powiedzieć lekarzowi kim jest i po co przyszedł. Wiedziałam, że dla niego to najgorsza rzecz – powiedzieć przy ukochanej córce, że jest się alkiem. Potem było jeszcze wiele sytuacji w ciągu następnych 20 lat kiedy to go odtruwałam, odprowadzałam na AA , zamykałam na oddziałach zamkniętych.
    To wszystko nie miało i nie ma dla mnie znaczenia ,bo był człowiekiem ,który by się dał zabić dla mnie. Kochał mnie ponad wszelką wątpliwość. Do tego stopnia iż mimo nałogu nikt nigdy z rodziny mojego męża nie wiedział o tym nawyku, bo tato na każdej imprezie rodzinnej potrafił nie pić . Tylko dlatego, że wiedział jak dla mnie to ważne. Walczył z nałogiem , miewał ciągi, a potem długie okresy abstynencji. To on pokazał mi czym jest The doors ,Janis Joplin czy Jimi Hendrix. Pokazał Amarcord ,La stradę i wiele innych ,wartościowych filmów. Nie mówił wiele, był dobrym obserwatorem. Człowiekiem do końca otwartym na nowe. Jeszcze w 2008 był z nami na Openerze. Dziś go nie ma szósty rok. Gdy się dowiedziałam o jego śmierci byłam w ósmym miesiącu ciąży. Mimo to chciałam wszystkie kwestie pogrzebowe załatwić sama. Sama kupiłam mu nowy garnitur na ostatnią drogę. Po śmierci taty ,kiedy robiłam porządki znalazłam jego teczki z AA. Większości z tych rzeczy, ćwiczeń, zadań nie rozumiałam. Dzięki Pani książce tłumaczę to wszystko z polskiego na nasze. Zaczynam rozumieć, oglądać to wszystko od drugiej strony. Pojmować nastroje ,uczucia. Jestem Pani wdzięczna i dziękuję.

  84. Chciałabym napisać coś z sensem, ale nie umiem.
    Dziękuję za ten tekst.

  85. Wzruszający tekst i ja też mam nadzieję, że te figi nie były przypadkowe. Chcę w to wierzyć, bo jeszcze nadal, po trzech latach, czasem przychodzi mi do głowy na mgnienie myśl, że muszę zadzwonić… pozdrawiam serdecznie, Bogna Kantor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *