O bezsilności

10968287_10206245241957898_1948752117_n

Bezsilność to jedno z najdotkliwszych, najtrudniejszych do zniesienia uczuć. Mogłoby się wydawać, że nie istnieje. Nie czytam o nim artykułów linkowanych na fejsbuku, nie widzę go w wywiadach i portretach z tygodników. Tak jakby go w ogóle nie było. Jeśli już się pojawia, to jako coś, czemu natychmiast trzeba zaradzić. Wystarczy jeden bloczek reklamowy w telewizji, żeby zanurzyć się w komunikatach o radzeniu sobie z bólem, radzeniu sobie ze sprawnością seksualną, a nawet  bezsennością u dzieci. To przerażająco daleki od codziennego doświadczenia świat, w którym, cytując tytuł niemieckiego poradnika z mojego dzieciństwa, „trzeba umieć sobie radzić“. Świat, w którym nie ma miejsca na zatrzymujący w miejscu niewygodny element. Trzeba z nim coś robić, nie można tak po prostu się z nim zgodzić, nie można usiąść i powiedzieć sobie „nie wiem co z tym zrobić“. Nie – najwyżej można się rozejrzeć, powiedzieć „nie wiem co zrobić z zagadnieniem A, WIĘC muszę je zmienić, żeby polepszyć jakość mojego życia“. Tak jakby życie bez stuprocentowej, niemożliwej do zrealizowania przecież, jakości było wybrakowane. 

Tak się składa, że z tym uczuciem właśnie od dawna mam problem, że kiedy nadchodzi czas mojego spleenu, to jęczę przez łzy „bo najbardziej nie radzę sobie z bezsilnością“. W ogóle nie jestem pogodzona z tym, że coś takiego jak bezsilność może mnie spotkać. A spotyka codziennie. I to zdumienie, kiedy patrzę na nie z perspektywy, wydaje mi się naiwne i głupie.

Każdy dzień przynosi nam całą serię zdarzeń, wobec których jesteśmy bezsilni. Ponoć w krajach Europy Zachodniej wzrasta zainteresowanie nurtem stoicyzmu. To nic innego, jak próba zrozumienia bezsilności. Jeden z założycieli szkoły stoickiej, Epiktet (zawsze wydawało mi się anegotyczne, że dwóch największych stoików reprezentowało skrajny status społeczny, jeden był cesarzem, drugi zaś – Epiket właśnie – urodził się jako niewolnik) zaczyna swoje dzieło „Encheiridion“ od zdania: “Ze wszystkich rzeczy jedne są od nas zależne, drugie zaś niezależne“. Zależne to sądy, popędy i pragnienia. Cała reszta już od nas nie zależy, a uzurpowanie sobie wpływu na nie kończy się rozczarowaniem: “jeżeli bowiem pragnąć będziesz rzeczy, które z natury nie są od nas zależne, z konieczności musisz czuć się nieszczęśliwy” . Cała ta niewielka książeczka, której tytuł można tłumaczyć jako “podręcznik” jest jednym z pierwszych I w dalszym ciągu najlepszych poradników. Jeden z najsłynniejszych z niej cytatów brzmi:”Nie usiłuj naginać biegu wydarzeń do swojej woli, ale naginaj wolę do biegu wydarzeń”. Stoicka wykładnia nie zakłada oczywiście bezczynności. Możemy stawiać sobie większe i mniejsze cele: wycieczka rowerowa za miasto, załatwienie sprawy w ZUSie. I dosyć szybko okazuje się, że pogoda się psuje, a ZUS czynny jest do 15,00. Niewielkim efektem ubocznym zetknięcia się z tymi faktami, na które nie mamy wpływu, jest złość i zniecierpliwienie. Okazało się, że nasz plan nie został zrealizowany. Nie został dlatego, że nie mamy wpływu na około 90% okoliczności w jakich dane jest nam żyć. Ta myśl jest banalna, ale jakby nieobecna w komunikatach, z jakimi stykam się codziennie. “Walcz o swoje”, “wymyślaj siebie na nowo”, “nie poddawaj się”, “zorganizuj swoje życie” zdają się mówić do mnie nie tylko reklamy, ale też okładki magazynów i teksty w internetowych portalach. Wywiady w końcu przeprowadzane są głównie z tymi, którym się udało. Czasem, bardzo rzadko, zdarza się przykład tekstu mówiącego

o porażce. Szeroko komentowany wywiad z Januszem Palikotem z Dużego Formatu nie był do końca historią o bezsilności i błędach, ale przygotowaniem jakiegoś gruntu pod potencjalne dalsze sukcesy.

Epiktet to jeden z niewielu przykładów mówienia o bezsilności z tzw. kultury wyższej. Mam wrażenie, że współcześnie o bezradności i godzeniu się z nią mówi się głównie językiem obrazków internetowych z kwiatami w tle. Książeczek z aforyzmami. Moja ulubiona myśl na temat radzenia sobie z tym niewygodnym stanem, to właśnie taki obrazek z napisem “oddychaj, a wszechświat zrobi za ciebie resztę”. Banalne myśli z książeczek z tęczą na okładce pozwalają radzić sobie z najniewygodniejszym, a my możemy odczuwać lekki wstyd, że korzystamy z tej, a nie innej, bardziej wysublimowanej krynicy mądrości. Nawet w bardzo długiej rozmowie na temat bezradności, która ukazała się jakiś czas temu w “Wysokich Obcasach” z Zofią Milską-Wrzosińską, jej konstruktywnemu aspektowi poświęcony został niewielki akapit. Gdzie zatem mamy znaleźć potwierdzenie tego oczywistego faktu, że bezsilność jest naturalna, normalna i należy się z nią godzić? Agnieszka Jucewicz przeprowadzająca tę rozmowę dosyć szybko zmieniła temat na “jak inni odbierają naszą bezradność”. Więc pozostają tylko te memy oraz budzące opór i niechęć postulaty Anonimowych Alkoholików, którzy przypominają w typowym dla siebie języku, że ważne dla jakości życia jest “powierzanie się sile wyższej, jakkolwiek byśmy jej nie rozumieli, bo ono zdejmuje nam z pleców ciężar”.

Na temat tej siły wyższej i powierzania odbyłam, jako człowiek, który ten język przystosował na okoliczność poprawy jakości własnego życia, kilka rozmów. Spróbuj w głowie przetłumaczyć go na język terminów psychologicznych. Zwróć uwagę, czy nie najpowszechniej diagnozowaną przypadłością neurotyków jest chęć kontroli. Napięcie, które narasta w nas w stopniu nieznośnym, każącym rozładowywać się przy pomocy weekendowego imprezowania, medytacji, wielogodzinnych seansów gry na konsoli, bierze się zazwyczaj z przekonania, że mamy wpływ na większość rejonów naszego życia. Że mamy wpływ na partnera, który jest nieobecny, albo stawia przed nami kolejne wymagania. W końcu – wpływ na relację z rodzicami. Bezsilność w relacjach bierze się zazwyczaj z tego, że nakładamy na siebie odpowiedzialność za emocje i zachowania drugiej osoby. Tak jakbyśmy nie pamiętali, że mamy do czynienia z oddzielnym organizmem, który podobnie jak my ma prawo nie zgadzać się, odczuwać i jeśli chce z name coś budować, to odpowiedzialny jest za informowanie nas o tym. Ta postawa jest czymś na kształt neurotycznej epidemii XXI wieku. Nie muszą to zresztą być rodzice ani partner – to także przyjaciele czy podwładni bądź też szefowie. W relacji są przecież dwie osoby, a nie jedna z obowiązkami rozciągniętymi na bezwładną magmę. Ale tym, co o tym nie pamiętają, albo nigdy z różnych względów się tego nie nauczyli, ciężko jest w to uwierzyć: jest jakieś magiczne coś, nie wiemy dokładnie co, co powinniśmy zrobić i wtedy relacja będzie harmonijna. Ponieważ nie wiemy, co to jest, pozostaje nam tylko bezdenne morze poczucia winy, bo z pewnością musieliśmy w czymś zawieść. Brzmi znajomo? I co, pozostaje nam tylko obrazek z kwiatem, żeby przypomniał nam o tym, że nie wszystko podlega naszej kontroli. W ogóle to większość nie podlega.

Bezsilność ujawnia się w całej swojej rozciągłości przede wszystkim w żałobie. Przy czym proponowałabym pojęcie żałoby rozszerzyć na mówienie o jakiejkolwiek nieodwołalnej stracie, niekoniecznie rozumianej eschatologicznie. Żałobę odczuwamy po końcu związku, nieodwracalnej stracie szansy zawodowej, a nawet, choć być może brzmi to obrazoburczo, po dokonaniu się wydarzenia pozornie nieistotnego, niech będzie to i przegranie aukcji internetowej z przedmiotem, którego bardzo pragnęliśmy. Z drugiej strony bezsilność towarzyszy nam również w przypadku popełnienia etycznego błędu, zawiedzenia czyjegoś zaufania, czegoś, co zwykliśmy kolokwialnie nazywać „kardynalną głupotą“.

Bezsilność nie istnieje bez swojego drugiego bieguna: polemiki. Przytoczyłam wyżej jej najogólniejszy przykład: niewiadome „coś. co powinniśmy/moglibyśmy zrobić“. Ja sama muszę radzić sobie teraz z tą bezsilnością najostateczniejszą, tym, że mój ojciec już nie istnieje i że nie miałam na to żadnego wpływu. Też dlatego, że  wybrał taki, a nie inny styl życia. Był z nim bardzo szczęśliwy, zadowolony, wielokrotnie powtarzał, że niczego by w nim nie zmienił, a jego konsekwencją jest krótsza egzystencja. Sybaryci żyją krócej, nękani nadciśnieniem i chorobą wieńcową. Więc polemizuję. Mogłam go zmusić do picia soku z buraków, chodzenia na spacery. Polemizuję też na krótszym dystansie: gdybym wcześniej zmusiła go do pójścia do szpitala, być może by żył. Te myśli dopadają mnie każdego dnia i długo muszę sobie tłumaczyć, że w niczym nie zawiniłam. Jesteśmy odpowiedzialni za konsekwencje naszych poczynań – na tym polega dorosłość i dojrzałość. Akceptacja wielkiej straty jest pewnym procesem, jest zrozumieniem istnienia okoliczności, których nie byliśmy w stanie skontrolować. Jest symptomatyczne dla osób w żałobie ale i też stojącymi przed wielkimi wyzwaniami życiowymi, np. pisaniem  doktoratu bądź książki, kompulsywne sprzątanie. Tak jakby bezradność nie dawała za wygraną i wracała inną drogą. Nie mogę pogodzić się z czymś wielkim, ale przynajmniej czuję że mam wpływ na odkurzenie mieszkania. To z pewnością zdrowy odruch, świadczący o tkwiącej w nas witalności, która nie dopuszcza do siebie rezygnacji. Jednak nie zawsze to zachowanie jest mądre, a w każdym razie podszyte jest ucieczką przed nieuniknionym.

Nie namawiam więc do siadania i załamywania rąk, bo to nie tego rodzaju emocja. Bezsilność nie o tym jest. Jest raczej o zrozumieniu, że nasza omnipotencja to mrzonka. Osoby bezskutecznie wysyłające CV kolejny miesiąc z rzędu doskonale wiedzą co mam na myśli. Niektórym trudno nie obracać tej porażki przeciwko sobie. To znowu to „co robię nie tak“. Zazwyczaj niewiele. Zazwyczaj to zwykłe przeciwności losu, wpisane nieuchronnie w naszą egzystencję. Po jakimś czasie okazuje się, że skądś spada w końcu oferta życia, że praca, na którą czekaliśmy, przyszła do nas od niezbyt bliskiego znajomego. Kiedy obserwuje się to z boku, widać doskonale że niewiele można było zrobić. Tylko jak się z tym pogodzić? Wiem, że ja nie umiem, ale wiem też, że skutki uboczne nieuznawania bezsilności w moim przypadku naprawdę były (i są) drastyczne. Jednym była depresja, kiedy nie umiałam zrozumieć skąd ta nawałnica przeciwności losu i umiałam sobie to wytłumaczyć jedynie własną winą. Bo skoro staram się najlepiej jak potrafię, a w dalszym ciągu stoję w miejscu w bezradności, to znaczy, że nie wystarczająco się staram. A skoro niewystarczająco się staram, mimo że robię wszystko, co w mojej mocy, to znaczy, że jestem beznadziejna, do niczego się nie nadaję i powinnam ulec samozapłonowi jak najszybciej. Takie myślenie o sobie połączone z paraliżem daje właśnie depresję. Drugim skutkiem ubocznym było (i jest) uzależnienie, dlatego być może ten temat bezsilności jest mi tak bliski. Z uzależnieniem bowiem, jak mam nadzieję wiedzą już wszyscy, żyje się całe życie. I nie jest nim tylko spożywanie psychoaktywnych substancji, bądź zachowania kompulsywne, ale też niezgoda na to jak jest. Jedno sprzężone jest z drugim. Bardzo nie umiem uznawać takiego prostego faktu, jak własne zmęczenie. Picie alkoholu było dla mnie idealnym kredytem wszechmocności. Nie mam siły, ale mogę coś zażyć i mieć tę siłę znowu. Jeśli o tym zapomnę (a zapominam niestety stale), to chęć zażycia odżyje we mnie doprowadzając mnie do mojej zguby. Nie znaczy to, że zażywam, ale znaczy, że często samą siebie męczę ponad stan, bo nie uznaję pewnych prostych faktów, nie zgadzam się z tym, jak jest. Polemizuję. Dlatego najlepszym sposobem na bezsilność nie jest zażycie kolejnego leku, suplementu diety lub kurs samorozwoju. Zazwyczaj pomaga prosta i zwyczajna akceptacja. Banalnego faktu, że nie na wszystko mam wpływ.

Małgorzata Halber
fot. Małgorzata Wejman